Wsparcie odchudzania

girl-791563_960_720Jak już pewnie wiecie, w ostatnim czasie postanowiłam polepszyć swój trening i muszę przyznać, że to był strzał w przysłowiową dziesiątkę. Otóż po pierwszym tygodniu ćwiczeń na siłowni moja waga spadła o prawie kolejny kilogram, a dokładnie o 0,8 kg. Nieźle co? Tym bardziej, że w ogóle się nie głodzę, a mój cały trening nie przekracza 1,5 godziny. Nie macie nawet pojęcia jak taki rezultat potrafi wpłynąć na motywację. Pełen power i zwiększenie chęci o 100%.

W związku z powyższym postanowiłam też, że do diety i treningu dodam jeszcze kolejny czynnik mający polepszyć moje osiągi ( w sensie przyśpieszyć je). Zdecydowałam się na zakupienie jakiegoś środka przyśpieszającego chudnięcie i jak zwykle rzuciłam się wir internetowych poszukiwań opinii o różnych specyfikach, które mogłyby mi pomóc.

Warunki jakie stawiam produktowi, który zamierzam kupić są następujące:

  • Jest skuteczny, co oznacza nie tyle, że w tydzień zgubię dzięki niemu 20 kg ale, to że działa, co potwierdzają zarówno specjaliści jak i zadowolenie internauci.
  • Drugim koniecznym warunkiem jest bezpieczeństwo preparatu. Musi to być więc substancja jak najbardziej naturalna, bo nie wyobrażam sobie wprowadzania do organizmu czegoś, od czego mogłabym dostać palpitacji serca, depresji i wyrosłyby mi włosy w dziwnych miejscach.

Nie są to chyba wymagania szczególnie wygórowane, prawda? Mimo tego wybór wcale nie był prosty. W sklepach mamy taką obfitość różnorakich środków na odchudzanie, że można dostać prawdziwego zawrotu głowy. Raczej nie ułatwia to decyzji, jednak co to dla mnie ;).

Po zwyczajowym “riserczu” przy kawce zdecydowałam się na herbatkę odchudzającą o przyjemnej nazwie Hello Slim, do której przekonały mnie opinie na tej stronie http://tabletkiodchudzanie.pl/

Dlaczego akurat taka herbatka? Wydaje mi się, że jest rzecz przede wszystkim niegroźna dla mojego zdrowia i co więcej pomoże mi też np. W problemach z trawieniem. W składzie ma same naturalne ekstrakty i sądząc po opiniach działa całkiem dobrze. Cóż pożyjemy, zobaczymy. Wkrótce podzielę się z wami moimi spostrzeżeniami na ten temat.

Pierwszy dzień na siłowni

weight-1684218_960_720Jeśli czytacie mojego bloga to już pewnie wiecie, że wobec nikłej skuteczności mojego dotychczasowego treningu, postanowiłam go nieco zmodyfikować i zapisałam się w tym celu na siłownię. Aby nie było mi bardzo głupio namówiłam też na wspólne sesje treningowe moją koleżankę z pracy, która co prawda nie specjalnych powodów do tego żeby się odchudzać (tak moja droga wyglądasz doskonale) ale za to lubi się ruszać.

Żeby było ciekawiej żadna z nas nie miała dotąd kontaktu z formami ruchu jakich można zażywać w klubach fitness, ale wcale nas to nie zrażało i pełne wigoru, wypełnione pozytywną energią udałyśmy się na trening.

Nie byłabym sobą gdybym przed tym wydarzeniem nie przewertowała internetu w poszukiwaniu najlepszego planu treningowego, dzięki któremu udałoby mi się spełnić moje założenia. Przyznam się szczerze, że to zadanie nie należało wcale do łatwych, a to z powodu ogromu informacji jakie można znaleźć na setkach stron i blogów. W obliczu takiej ilości różnych ćwiczeń, systemów, szóstek weidera i całej masy innych przydatnych rzeczy, wcale nie było łatwo dokonać właściwego wyboru. Nie poddałam się jednak i po przefiltrowaniu setek tysięcy artykułów na temat ćwiczeń na siłowni (no może tylko kilku ;P) opracowałam nam plan treningowy. To czy będzie skuteczny okaże się już wkrótce, na razie wygląda to tak:

Ćwiczymy 4 razy w tygodniu, dlatego treningi podzieliłam na 2 sety, na których będziemy “przerabiać” inne grupy mięśniowe. I tak pierwszego dnia przerabiamy nogi, pośladki i plecy, a następnego klatkę piersiową, ręce i barki czyli całą górę. Potem następuje dzień odpoczynku i od nowa. Każdy trening poprzedza solidna rozgrzewka (i plotki) a kończy sesja ćwiczeń aerobowych trwających tak długo, żeby wypełnić resztę czasu jaki nam pozostała. Cały trening zaplanowałyśmy na około 1,5 godziny.

Ćwiczenia jakie wykonujemy na każdą z wymienionych części ciała są bardzo różne i zależą od naszego nastroju. Pierwszego dnia robiłyśmy przysiady, prostowanie nóg na maszynie i uginanie nóg w leżeniu na brzuchu (do czego posłużyło nam specjalne urządzenie przeznaczone do modelowania tylnej części ud i pośladków). Za cały trening pleców musiały wystarczyć nam symulatory wiosłowania.

Drugiego dnia wyciskałyśmy na maszynie przeznaczonej do tego celu i robiłyśmy coś w rodzaju “obejmowania beczki”, które wykonuje się trzymając w rękach drążki odpowiedniego urządzenia. Ręce przećwiczyłyśmy z hantlami, a na barki unosiłyśmy ramiona bokiem z niesamowitymi, 1 kg ciężarkami ;).

Aeroby były na rowerkach i trochę na bieżni.

Ogólnie, po 2 dniach takiego trenowania, mogę wam powiedzieć, że zakwasy nie są uciążliwe. SĄ KOSZMARNE, ale o dziwo przyjemne. Czujemy się obie naładowane energią i mamy ochotę na więcej. Dziś dzień przerwy, ale już nie mogę doczekać się następnej sesji 😉

Modyfikacja treningu

yoga-153436_960_720Jak może pamiętacie, w poprzednim wpisie chwaliłam się (a raczej żaliłam) swoimi wynikami w odchudzaniu. Dla przypomnienia dodam, że nie jest on dotychczas zbyt imponujący bo schudłam dopiero jeden marny kilogram, chociaż miałam cichą nadzieję, że tych zgubionych kg będzie co najmniej kilka. No cóż, poddawać się nie zamierzam i oto wszem i wobec ogłaszam, że postanowiłam wprowadzić pewne zmiany, czyli krótko mówiąc – podkręcam tempo.

Jak zwykle w takich przypadkach moim niezawodnym mentorem okazał się internet, w którym wyczytałam, że w przypadku braków postępów w odchudzaniu należy dokonać jednej (lub wszystkich) z trzech następujących czynności:

  • zmniejszyć ilość kalorii w diecie
  • dołożyć suplementy wspomagające odchudzanie
  • zwiększyć objętość treningu.

Jako, że dieta którą stosuje i tak wydaje mi się zbyt ciężka, chociaż już nie tak bardzo jak na samym początku mojej przygody, postanowiłam zastosować się do punktu 3, czyli po prostu ciężej ćwiczyć. Dotychczas mój cały trening opierał się jeżdżeniu rowerem do pracy, jednak z powodu coraz to gorszej pogody (eh jesień) coraz częściej zdarzało się, że musiałam sobie odpuścić i pojechać samochodem. Jeśli jednak pogoda była znośna zasuwałam cały dystans w czasie 20 min w jedną stronę (co jak łatwo sobie policzyć dawało 40 min treningu dziennie). Wydaje mi się to za mało, zważywszy, że pomiędzy dwudziestominutowymi okresami jazdy było 8 godzin przerwy.

W związku z zaistniałą sytuacją postanowiłam wykupić karnet na siłownię i razem z koleżanką z pracy jutro idziemy tam po raz pierwszy. Plan jest taki, że cały trening powinien potrwać około 1,5 godziny i w jego ramach będziemy głownie szlifować maszyny do ćwiczeń aerobowych, czyli bieżnie, orbitreki i rowerki. Jeśli poczujemy się na siłach to poćwiczymy też trochę na innych maszynach, które wymagają już użycia siły (będziemy pakerkami hihi). Siłownię będziemy odwiedzać 4 razy w tygodniu.

Dieta na razie pozostaje bez zmian, bo mam nadzieję, że wysiłek jaki włożę w ćwiczenia na siłowni w pełni się opłaci i będę chudła szybciej.

Na razie czekajcie na kolejne relacje 😉

Jak mi idzie

wonder-woman-1016324_960_720Od mojego ostatniego wpisu minął już jakiś czas i pora pochwalić się efektami. Właściwie to nie specjalnie będzie się czym pochwalić, chociaż efekty są. Problem w tym, że nie takie jakich oczekiwałam kiedy rozpoczynałam pisanie bloga. Ale po kolei.

Najpierw dieta. Nie stosuję jakiejś super rygorystycznej diety, raczej opracowałam własny system w oparciu o diety dostępne w internecie i mój zdrowy rozsądek. Unikam zatem słodyczy, produktów wysoko przetworzonych, alkoholu, soli, cukru i wszystkiego co przyjemne. Zapomniałam też, a przynajmniej staram się jak mogę, o jedzeniu na mieście (nie to, że się złamałam, ale po prostu śni mi się pizza ;). W zamian staram się jeść zdrowo, czyli do każdego z pięciu posiłków zjadam porcję warzyw i tak staram się komponować to co mam na talerzu, żeby dostarczać do organizmu odpowiednią ilość białka, mało węglowodanów i jeszcze mniej tłuszczu. Dokładnych proporcji się nie trzymam, bo nie wyobrażam sobie biegania po kuchni z wagą i ważenia każdej marchewki i miseczki z twarożkiem.

Przykładowy posiłek wygląda więc tak, że np. Na śniadanie wchłaniam pół kubeczka twarożku wiejskiego z rzodkiewką i kromkę ciemnego pieczywa. W każdym posiłku zawieram produkt białkowy, warzywa i węglowodany złożone.

Jak już pisałam w poprzednim wpisie mój trening opiera się na jeździe rowerem do pracy i odpuszczam go sobie tylko w przypadku mocnego załamania pogody, czyli ostatnio często. Za to kiedy nie leje i nie dmucha tak, że głowę chce urwać, twardo pedałuję.

Efekty: są, ale mizerne. Dotychczas ubyło mi 1 kg (słownie jeden), ale czytałam, że to zdrowa utrata wagi, która nie grozi efektem jojo. Zobaczymy. W tej chwili mogę was tylko zaprosić na kolejne relacje 😉

DZIEWCZYNO SCHUDNIJ WRESZCIE!!!

483px-rubens_venus_at_a_mirror_c1615Takie mniej więcej okrzyki wydaje regularnie mój zdrowy rozsądek za każdym razem kiedy staję na wagę, przed lustrem, lub kiedy usiłuję się wbić w spodnie z lepszych czasów. Wiadomo latka lecą i nie można przez całe życie nosić jednego rozmiaru ubrań. Nie pomaga też ciągły brak czasu (ehh praca, ehh dzieci), dwójka dzieci, lenistwo, łakomstwo i kochany mąż sypiący tekstami w stylu: “Kochanie dla mnie zawsze będziesz wyglądać pięknie” (zwłaszcza w sytuacjach gdy czegoś chce ;P). No cóż… więcej grzechów nie pamiętam, chociaż z pewnością była ich jeszcze cała masa włączając w to na przykład ten pyszniutki sernik z wczoraj, czy mała kawka z dużym ciachem i ploteczkami.

Reasumując ten nieco nudnawy wstęp po prostu doszłam do takiego momentu w życiu, że znów postanowiłam się odchudzić i odzyskać tak wiele z dawnej, szczupłej sylwetki ile tylko się da. Po prostu dość mam już namiotów (zwanych przeze mnie ubraniami), które mają za zadanie ukryć niesforne wałeczki coraz bardziej zadomawiające się na moim brzuchu i inne mankamenty tzw. puszystości (jeśli wiecie co mam na myśli). Powoli staję się podobna do kobiet, które Rubens namiętnie uwieczniał na swoich obrazach i jakoś nie bardzo mi to pasuje.

Nie wiem jak długo wytrwam na diecie i ile uda mi się osiągnąć (tak, tak podejmowałam już podobne próby w przeszłości i skutek był hmm… różny) ale bardzo się postaram. Ma mi w tym pomóc silne postanowienie poprawy, oraz ten blog, na którym postaram się opisywać postępy mojej nierównej walki z nadprogramowymi kilogramami.

Na koniec trochę o aktualnym stanie pacjentki:

Wiek: w okolicach trzydziestki (w dolnych okolicach, prawie dwadzieścia parę ;P)

Wzrost: 161 cm

Waga: Niestety 71 kg, która to utrwaliła mi się po drugiej ciąży

Dotychczasowa aktywność fizyczna: właściwie brak, nie licząc wypadów na rower z rodziną w co któryś weekend.

Plan: utrata minimum 11 kg poprzez dietę i jazdę na rowerze do pracy, oraz inne formy aktywności fizycznej o ile przeżyję skutki dwóch pierwszych punktów.

Zaczynam oczywiście od jutra, bo dziś pora jest już dość późna i za bardzo nie zdążę nic zrobić. Rower mam już przygotowany przez męża i jestem pełna chęci. Chcecie zobaczyć co z tego wyniknie? Zapraszam do czytania bloga 😉